[2014.10.17] Nightcaching

Geocaching czyli harcerskie zwiedzanie miasta

W środowy wieczór przyszedł sms od naszego niezastąpionego druha zastępowego „nastawcie się na piątek wieczór + fragment nocy”. Dość spontaniczna, nocna akcja zastępowa? Czemu nie? W czwartek pojawiły się kolejne informacje: przydadzą się dobre buty i latarka. Tajemniczo i intrygująco, brzmi dobrze. Nic więc dziwnego, że o umówionej porze, przy przystanku INEA stadion zjawiła się pokaźna reprezentacja Chimery: Tomasz, Antek, Iwan, Grzesiu, Józef, Kuba, Bartek, Łysy, Stefan, Majka i ja. Wszyscy nawet punktualnie!

Zaczęliśmy tradycyjnie (jak wszystkie nocne akcje) od wizyty w sklepie – trzeba się zaopatrzyć na dłuuugą wędrówkę. Od początku dopisywały nam humory, byliśmy nastawieni na dobrą zabawę i miło spędzony czas w swoim towarzystwie. Wśród wielu pytań „a będzie tam sklep?”, „daleko jeszcze?”, „mogę pić tę wodę, którą przyniosłem?”, „kiedy dojdziemy?” dotarliśmy na początek naszej trasy – INEA Stadion. Wydarzenie to upamiętniliśmy kilkoma zdjęciami i ruszyliśmy dalej.

Bo o co chodziło? Geocaching to taka ogólnodostępna zabawa – gra. Dzięki współrzędnym GPS odnajduje się kolejne punkty i przy pomocy małych wskazówek znajduje „skrytki”. Nasza pierwsza skrytka ukryta była wśród zalesionych terenów Fortu VIII, podpowiedź: drzewo. Łatwo się domyślić, że niewiele nam to pomogło, dlatego aby nie zrażać się niepowodzeniem, postanowiliśmy uznać, że to dopiero rozgrzewka i ruszyć na kolejny punkt schowany niekoniecznie w lesie. Do dzieła!

Do przejścia mieliśmy chyba 3km, raźnym krokiem rozpoczęliśmy spacer, przy okazji przyjrzeliśmy się historii i ciekawostkom miejsca, przy którym mieliśmy znaleźć następną skrytkę. Tak jak Tomek wyczytał wieża Kościoła p.w. Objawienia Pańskiego „była dominantą”, widzieliśmy ją już z daleka. Rzeczy miały się zupełnie inaczej jak chodzi o skrytkę – mikro, na magnesie – to jak szukanie igły w stogu siana… Nie było to takie hop, a tym bardziej siup! Przetrząsnęliśmy dokładnie teren przy kościele i… Jest! Zwycięzcą okazał się Kuba. Wszyscy z niedowierzaniem patrzyliśmy na czarne, mniejsze od naparstka pudełko. W środku znaleźliśmy kartkę, na której należało wpisać kto i kiedy ją odnalazł. Kilka zdjęć, to ważny moment, nasz pierwszy sukces tego wieczoru, który naładował nas nową dawką zapału. Komu w drogę temu trampki.

Kolejne współrzędne zaprowadziły nas w stronę lotniska. Padł pomysł „chodźmy do środka”, oczywiście nie kierowała nami tylko ciekawość świata (jak zwiedzamy to zwiedzamy) i reakcji ludzi na widok dużej grupy młodych, ubranych w moro ludzi… przyczyna tej wizyty była odrobinę bardziej przyziemna. Nie zabawiliśmy tam długo, czekały na nas przecież kolejne skrytki. Kontynuowaliśmy naszą wędrówkę wzdłuż terenów lotniska (napotykając na przeszkody w postaci płotów) licząc po cichu (no w każdym razie ja na to liczyłam), że zobaczymy jakiś start lub lądowanie. Z naszej wiedzy wynikało, że z docelowego punktu jest świetny widok na pas startowy! I faktycznie był, była też skrytka, tym razem większa i zadanie okazało się łatwiejsze, a zwycięzcą został Bartek. Uwieczniliśmy na zdjęciach zarówno zawartość jak i nas samych i ruszyliśmy w drogę na kolejny punkt. Z każdym krokiem żegnając się coraz bardziej z szansą oglądania samolotów. I właśnie wtedy, kiedy byliśmy już naprawdę daleko i naprawdę nic nie było widać wystartował samolot. A kolejny wylądował… Tyle przegrać… A i jeszcze ominęła nas kontrola (najbardziej rozpaczał Iwan :)) Może następnym razem będziemy mieć więcej szczęścia…?

Tak czy inaczej przed nami były jeszcze skrytki do odnalezienia. Następny punkt znajdował się po drugiej stronie lotniska i przybliżał nas do Woli Poznania (mieszkam w tym mieście już trochę czasu, a nie wiedziałam, że mamy coś takiego…). Kolejna podpowiedź brzmiała „uwaga na kolce, 120 cm”. Z zapałem zabraliśmy się do szukania. Tylko gdzie? Drut kolczasty nad płotem, czy może te drzewa? Pudełko małe i inne niż poprzednie, schowane było na drzewie, a znalazłam je ja. Znów wpis w notesiku (kto i kiedy) i idziemy dalej, noc jeszcze młoda.

Droga do kolejnego punktu prowadziła przez nigdy nie dokończone torowisko na Ławicę. Na miejscu, wśród lasku, mieliśmy znaleźć kolejny punkt. Zadanie okazało się być trudniejsze niż poprzednie. GPS-y wariowały nie mogąc znaleźć dokładnego punktu, a sprawę dodatkowo utrudniały chaszcze i nierówny teren. Tym razem podpowiedź też nam wiele nie pomogła, bo gdzie w lesie znaleźć opony? Ale punkt w końcu został odnaleziony, chyba przez Tomasza, nie wiem dokładnie, bo wraz z Majką i Stefanem ratowałam Antka. Był pierwszą i ostatnią ofiarą tej nocy. Na szczęście w naszych szeregach jest sporo ratowników, więc Antkowa rana została szybko i profesjonalnie opatrzona. No to w drogę.

Do kolejnego punktu dalej prowadziło nas torowisko przez nowo wybudowane osiedle, gdzie trawa była równo przycięta i świeżo malowana, nawet na miejscach parkingowych. Wytyczoną trasę przerwał nam płot. Musieliśmy więc ją wydłużyć. Ale to nic, to nic, wolniejszym, spacerowym tempem udaliśmy się dalej. Było już dość późno, ale chęci nadal były, chociaż odrobinę przyćmione zmęczeniem. Tak spacerując znaleźliśmy się „gdzieś” przy Dąbrowskiego i wreszcie doszliśmy do celu, czyli do Woli. Ostatni już punkt (podpowiedź: prąd płynie nisko) na naszej trasie znów znalazł Bartek. I znów wpis, zdjęcie i w drogę. Ale tym razem już nie szukać następnej skrytki, na przystanek i do domu. Zmęczeni, ale i bardzo zadowoleni czekaliśmy na autobus.

Kto nie był, niech żałuje!

Już myślimy o powtórzeniu takiej akcji, a może nawet zorganizowaniu jej dla młodszych członków Dragona? I chociaż decydując się na udział w tej akcji mówiłam sobie „następna noc piątek-sobota mniej harcerska, czas się wyspać” to kiedy padła informacja o prawdopodobnych, zastępowych planszówkach za tydzień, od razu powiedziałam „tak!”.

Harcerstwo uzależnia.

Polecam,

pwd. Mirosława Jaszczak

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *