Chimera w Karkonoszach

Chimera w Karkonoszach, czyli tam i z powrotem

Napisanie tego tekstu zajęło mi chwilkę, dosłownie. Jednak każdy tekst, który napiszę musi odczekać swoje. Ten czekał długo, za długo. Ale wreszcie jest. Może trochę zbyt entuzjastyczny, ale napisany był jeszcze w fazie euforii 🙂

Pomysł padł na samym początku stycznia – jedźmy gdzieś w ferie! Najlepiej w góry! Zaraz odezwały się inne głosy „Hola hola, a sesja?”

Jak się okazało sesja nie zając. Wszystko da się zrobić i pogodzić. I w jeden krótki weekend przeżyć niezapomniane, pełne wrażeń „ferie”. Bo tak właśnie było.

Spotkaliśmy się na dworcu Poznań-Główny w piątek, a tak naprawdę już w sobotę (zależy czy dzień się liczy jak Jareczek – do zachodu słońca, czy może dzisiaj trwa tak długo jak długo nie śpię?). Młodzi i dzielni, dumni i pełni zapału, może niezmęczeni ale i niewyspani, niektórzy zawsze głodni. Krótko mówiąc: gotowi do drogi. Wszyscy stawili się prawie o czasie: Kaja, Majka, Stefan, Tomasz, Iwan, Józek, Antek, Jarek, Grzesiu, Bartek i ja.

Bez trudu znaleźliśmy właściwy pociąg i nasze przedziały i chociaż w teorii nie miały być całe przeznaczone dla nas – to nam się udało i warunki były całkiem niezłe (chociaż wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą). Zajęliśmy miejsca i cała naprzód!

Podróż w nocy ma to do siebie, że właściwie szybko mija, w jednym przedziale zasnęliśmy szybko, z pierwszej ręki wiem, że w drugim panowie najpierw przedyskutowali wiele tematów (a wszyscy dokładnie wiemy jak zaciekłe potrafią być te dyskusje) zanim wpadli w objęcia Morfeusza. Cała trasa do Jeleniej Góry minęłaby w ogóle szybko, gdyby nie Wrocław i radość jaką wywołał krótki postój – w części „załogi” obudziła się dusza turysty. Ale toalety na dworcu płatne, więc wyprawa średnio udana. Jedziemy dalej, nadal sennie. Kolejne przebudzenie jeszcze przed Jelenią „bilety, Antek dawaj bilety!”. A tak dobrze się spało… „Jeszcze legitymacje od Państwa poproszę” – błagalne spojrzenie na konduktora, potem na plecaki i znów na konduktora. „A były już sprawdzane?” – „Były”. „No dobrze, niech będzie”. I znowu w letarg.

Około 7 dłuższy postój w Jeleniej i szalona przesiadka. Właściwie nie wiem dlaczego w ogóle wychodziliśmy na dwór, skoro tylko zmienialiśmy wagon? Tym razem bez przedziałów – lotniczy (czy jak to się tam nazywa). I w ogóle ful wypas. Drzwi otwierały się automatycznie – na guzik (niesamowite ile radości to może sprawić DOROSŁYM ludziom, naprawdę). Im bliżej Szklarskiej byliśmy tym większa stawała się nasza euforia. Może to było niewyspanie? Ale wszystko nas cieszyło, nadal ciepła herbata, kanapki, automatyczne drzwi, pociągowe toalety i w końcu coraz piękniejsze widoki i co rusz powtarzane jak mantra „góry!”.

Na stację Szklarska Poręba Górna dotarliśmy raczej planowo. Szybkie zdjęcie grupowe – dopóki mamy jeszcze siły, chęci, zapał i uśmiechy. Potem szybkie smsy i telefony do domów „żyjemy, dotarliśmy, ruszamy”. Więc komu lec temu go, komu w drogę temu trampki.

Jeszcze zanim weszliśmy na szlak okazało się, że jest zdecydowanie cieplej niż się spodziewaliśmy, nastąpiło szybkie dostosowanie okryć wierzchnich do panujących warunków pogodowych i pod górę! Oj tak, było pod górę, a potem jeszcze bardziej pod górę i dla odmiany bardziej pod górę. W dodatku strasznie ślisko. I w ten sposób dotarliśmy do zejścia do wodospadu Kamieńczyka. My jednak, nie skorzystaliśmy z odpłatnego wejścia i obejrzeliśmy Kamieńczyk z góry, też dobry widok, ale wodospad troszkę zamarznięty – szału nie robił. Chociaż widok i tak ładny.

Przed nami była dalsza droga i jeszcze więcej pięknych widoków, dlatego szybko ruszyliśmy pod górę. Właśnie tutaj czekał nas najbardziej stromy kawałek drogi do sforsowania. Ale cel był jasny – schronisko na hali pod Szrenicą – więc uparcie parliśmy naprzód. Jedni wolniej, inni szybciej, z przystankami lub bez – bo każdy ma swój sposób. Im bliżej schroniska, tym bardziej chciało się iść – w końcu schronisko to przerwa, jedzenie, herbata, co kto lubi. Tak wytrwale dążąc do celu koniec końców wszyscy dotarliśmy. A to był dopiero początek wyprawy. I pewnie właśnie dlatego, że było stromo i ślisko obudziły się obawy „a co jeżeli nie damy rady?” i poszukiwania ewentualnej krótszej trasy, a także konsultacje pogodowe. Potem narada i decyzja: idziemy dalej.

Dalej było lepiej – mniej ślisko, mniej ludzi i mniej pod górę (wśród nas byli nawet tacy, którym było mało więc wydłużyli sobie drogę o szlak na sam szczyt Szrenicy). Szło się nam dobrze – bo jak mogłoby być inaczej? Taaakie towarzystwo, ładna pogoda, góry i śnieg – żyć nie umierać, byle do przodu. Szliśmy i szliśmy, zdobywaliśmy kolejne szczyty, zaliczaliśmy upadki, ale dzielnie podnosiliśmy się gnani niezrozumiałym wędrowniczym zapałem (a może na karkach czuliśmy delikatny oddech zbliżającego się zmierzchu?). Droga była kręta i nieznana, balansowaliśmy na granicy, a szlak prowadził nas to w dół, to znów pod górę odkrywając przed nami kolejne malownicze widoki, a my szliśmy i z zapartym tchem chłonęliśmy WSZYSTKO.

Pogoda zaczynała się psuć, ale na szczęście z każdym krokiem zbliżaliśmy się do celu naszej wyprawy. Z ulgą powitaliśmy drogę prowadzącą w dół i widok schroniska, ale to byłoby za piękne, by mogło być prawdziwe. „Nasze schronisko to to dalej, prawda? To pod górę?”. I tak oto czekał nas ostatni zryw tego dnia. Ostatnia górka, ostatnio prosta, a potem już tylko ODRODZENIE. Byliśmy tacy dumni i szczęśliwi – zrobiliśmy to, udało się!

Wydarzenia, które miały miejsce w Odrodzeniu powinny zostać owiane tajemnicą. Dość powiedzieć, że ugotowaliśmy całkiem satysfakcjonujący obiad i z pełnymi brzuszkami oddaliśmy się ciepłym kąpielom, leżeniu i rozważaniom filozoficznym (z małą domieszką kręgowców). Atmosfera tego miejsca sprzyjała myśleniu – każdy z nas odrodził się i z gór schodził jako nowy człowiek. Bo przecież to mężczyzna ma ostatnie słowo, prawda Kaju? Rozmyślania i dysputy były tak intensywne, że o 23 wszyscy spaliśmy jak dzieci.

Poranek jak to poranek, był ciężki, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka. Oczywiście jak to na „dreamteam” przystało całkiem sprawnie udało nam się wyszykować do drogi powrotnej (ale zabrakło wrzątku na herbatkę…). Byliśmy gotowi na powrót.

Kiedy tylko otworzyliśmy drzwi na dwór uzmysłowiliśmy sobie jak kapryśne bywają góry – sobotnia słoneczna pogoda zmieniła się w śnieżną zamieć. Czekał nas prawdziwy bój. Weszliśmy we mgłę, co jak wiadomo nie jest bezpieczne – w filmach zawsze ginie pierwsza lub ostatnia osoba, prawie tracąc się z oczu. Pocieszające było jednak to, że tym razem, z wyjątkiem początkowego odcinka z powrotem na Przełęcz Karkonoską, będziemy zdecydowanie schodzić. No w każdym razie wydawało się to być pocieszające. Szybko jednak przekonaliśmy się, że bolą łydki, a po mniej uczęszczanym szlaku idzie się dość ciężko – śnieg prawie do kolan nie pomagał. Jednak znów gnał nas do przodu CEL (pociąg powrotny?). Na trasie zawitaliśmy do bardzo przytulnej wiaty, ładnie komponującej się ze szlakiem, gdzie było ciepło, miło, przyjemnie i ze spokojem można było napić się gorącej herbaty. Polecam. A potem droga wiodła w dół. I w dół. Po drodze Kaji, Antkowi i mi udało się zaliczyć obowiązkową (no w każdym razie dla nas obowiązkową ^^) zimową atrakcję – aniołki w śniegu – fantastyczne! Tylko trochę słabo się wstaje, kiedy śnieg sięga kolan. Była też kolejna zimowa atrakcja. Na szczęście turyści bywają tak uprzejmi, że odrobinę nadwyrężone „jabłuszko” (to takie do zjeżdżania z górki) zostawiają tam, gdzie się uszkodziło. Dzięki temu Majka i miałyśmy dodatkową atrakcję w postaci rozwijania zabójczych prędkości na ostatnich stokach.

W atmosferze ogólnej radości schodziliśmy z gór prosto do Jagniątkowa (brzmi, że mała dziura, prawda?). Nasza dumna reprezentacja ruszyła na miejscową Mszę Św., oczywiście nie obyło się bez pamiątkowego zdjęcia z proboszczem, podczas, gdy reszta zastępu ruszyła na przeszpiegi w stronę dworca w Jeleniej Górze – Sobieszowie. Ta stacja była początkiem końca naszej wyprawy. Czekaliśmy na pociąg powrotny snując kolejny plany.

Pociąg nas nie zawiódł. Były wygodny i znów miał automatyczne drzwi W dodatku wiózł nas bezpośrednio do Poznania. A dzięki sprytowi, odwadze i wytrwałości dwóch przedstawicielek płci pięknej mieliśmy idealne, fantastyczne miejsca „czwórki” ze stolikami. Podróż do Poznania upłynęła nam na kolejnych bardziej lub mniej filozoficznych rozważaniach nad sensem życia. Były też bardziej przyziemne sprawy jak jedzenie. Bo można przecież zamówić pizzę na konkretną godzinę , na konkretny peron, z dostawą do pociągu. Wrocław – dziękujemy. Syci mogliśmy jechać dalej.

Do Poznania dotarliśmy zmęczeni, szczęśliwi, zżyci i z ochotą na więcej takich wypadów. Byliśmy dumni, że udało nam się przejść tak długą trasę, że udało nam się zdążyć do schroniska przed zmierzchem, że wszystko udało się bezproblemowo i wreszcie dumni, że udało nam się ten wyjazd zorganizować, pojechać, przeżyć i wrócić, że udało się nam pokonać siebie samych. Bo góry są szkołą życia. Było z czego być dumnymi.
Polecam. Jak zawsze 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *